Tomik I

cov

OCEAN KŁAMSTW
Wybrane wiersze
1999 - 2011

Copywrite ©
WYDAWNICTWO NIEKULTURALNE

058 dezynsekcja


kiedy leci po ciebie
taką mądra maszyna
dzieło sztuki i duma naszej cywilizacji

zaciśnięta dłoń
to za mało aby przeżyć
dezynsekcje

ktoś uznał że jesteś robalem

z robalami się nie dyskutuje
robale się bombarduje

065 ile ciebie cenić trzeba


wysoko nosisz swoją pustkę
nie sprzedasz jej tanio
pajac za pajacem
przepada w zawiłościach
misternie splątanych sznureczków
czerwone wstążeczki
niebieski guziczki,

ile ciebie cenić trzeba
ten tylko się dowie
kto nie rozplącze do końca

051 przychodzicie po światło


moja matka poszła do piekła
żeby mnie urodzić
dała mi świadomość
żeby kiedyś pokochał i kiedyś zdradził
żebym był idiotą i nigdy nie doliczył ziaren piasku
żebym zwyczajnie jak każde zwierzę
polował i był polowanym
żebym zobaczył
to wszystko co piękne i wszystko co straszne

płonę w dół
przychodzicie po światło
przychodzicie posiedzieć
wy którym nigdy
nie było dane stoczyć się
tak bardzo mnie to wkurwia
płonę w dół

zimna, ciemna noc
coś tam mówię do was
chociaż wiem, że jestem
sam ze swoim rozklekotaniem
słowa grzęzną, w pół drogi
spadają na bruk grawitacji prawem
na ziemi wyglądają już inaczej
brud, bakterie, odór

064 koniec świata za 60 minut


czerwona lampka informuje
nie dojedziemy

najbliższe miasto
sto kilometrów za daleko

nie mamy kasy
nie umiemy kraść
nie mamy karabinów
nie umiemy zabijać

patrzę na ciebie
patrzysz na mnie

czerwona lampka pulsuje
koniec świata za 60 minut
więc patrzymy siebie nawzajem

toczą się koła po autostradzie
coraz wolniej

061 magik prawie ze Skierniewic


był kiedyś magik
prawie ze Skierniewic

w czarnym kapeluszu
dla kontrastu lepszego
białych królików hodowlę miał

na zawołanie
sypał kwiatami w rozbawiony tłum

co wieczór, na scenie
po trzykroć przebijał
dobraną do numeru
dzielną asystentkę

gdy chciał
znikały gwiazdy
znikał czas
znikał pies

kwiaty zwiędły
króliki uciekły
szpada tępa,
asystentka wyszła za mąż
rozwiodła się i znowu wyszła
tym razem ze zdjęcia

dzisiaj dla kilku meneli daje show
ale nic,
nic, nie wypada już
z wyblakłego kapelusza

061 made in internet

ktoś zbudował to miasto
zaplanował
urzędy
sklepy
stacje benzynowe

brukarz
dla chleba wybił bruk
umarł ze starości

jest bruk
jest ulica
więc chodzą
tam i z powrotem
bo nogi mają
bo jest sobota
bo zrobili jarmark
świecidełka pod parasolem
kiełbasa z grila
kapela ze sceny
mają aparaty rejestrujące obraz
więc rejestrują wszystko
klik klik i na facebooka

więc chodzą
tam i z powrotem
szukając uzasadnienia
dla siebie, soboty,
zagubione, spuszczone ze smyczy
zdebilałe dzieci
made in internet

001

jeszcze tu jestem
lecz coraz trudniej udawać
ludzie doktora przybili
przybili do moich oczu gwiazdy
od wewnątrz
to boli, ta kurewska niemoc
istnienia naprawdę
nas nie wywożą do obozów
zgłaszamy się sami
doktor West mnie kocha
i jest mu przykro z mojego powodu
widziałem to
w jego starej zmęczonej twarzy
twarzy hieny
pochylonej nad padliną gorszego gatunku
zdążyłem przebaczyć
bo robił to z odrazą
ze strachu że stanie się niepotrzebny

003

zmieniając znaczenie przestrzeni
nie zmieniliśmy samych siebie
w naszych domach mieszkają meble
i przedmioty tak techniczne
a nam tylko się zdaje
żeśmy z jaskiń uciekli
strumień świadomości ledwie tli się
a może zgasł
a może nigdy nie płonął
a może byłem tylko powtarzaną mantrą
zapisaną przed wiekami.
słucham Morrisona na cały regulator
to nieprawda, że umarł pierdolić sąsiadów
cała reszta jest kłamstwem
białego człowieka

005

wszyscy moi przyjaciele są chorzy
widzę wyraźnie tak niedopity
takimi przekrwionymi oczami
widzę wyraźnie
światło niedokończonej nocy
rzuca barwę na ich
chore transparentne dusze

przyjedzie po nas
czerwony autobus pełen sanitariuszy
pojedziemy na wycieczkę

a miasto już bez nas wstanie
produkować psycholi z mozołem

006

nasze kobiety noszą spodnie
nasze kobiety nie chcą być już nasze
nasze kobiety poczuły przyjemność
prowadzenia samochodu w samotności
w drodze do pracy
we wstecznych lusterkach
na trzecim biegu
obserwując miasta szum
osiągają orgazm wielokrotny

nasze kobiety noszą myśli dumne
że, wykradną nam
też więcej tajemnic
jakby istniała tajemnica tajemnic
ukryta w zdegenerowanym
zbrodniczym umyśle mężczyzny

007

dzień przebudzony zapachem kwiatu
promienie słońca niedojrzałe kolorem
zrywają ptaki do lotu
na nie rozgrzanej ziemi na kamieniu
stawiam kubek kawy
zanim wypalę papierosa
ziemia ostudzi czerń

nasiąkając kawą przekraczam granicę
pomiędzy moim a waszym snem

ruszają zegary
jak zwykle do donikąd
zabierając na drogę kolory
lecz jestem zbyt stary
aby się martwić utratą chwili
która jutro powróci
zanurzam się w dom
podłączam system nerwowy
do komputera
zmieniony w fale elektromagnetyczne
przemierzam świat zewnętrzny
jestem wszędzie i nigdzie

011

bezczelne niewidzialne atomy
przenikają wszechświat
podłe zbrodnicze czarne dziury
wysysają materię zbłąkanych planet
przerażone galaktyki uciekają
przed siłą której nikt nie rozumie
a ty mi mówisz wyluzuj
dookoła dryfują neurasteniczne
rozhisteryzowane kłębki kobiet
wymierzając w moją rasę palec
na którym uwiesiły winy moje
chcą pieniędzy sławy miłości
natychmiast i zawsze
rozwścieczone tupią nogami
niszcząc sobie buty
więc do długiej listy żądań
dopisują martensy
a ty mi mówisz wyluzuj
za pięć miliardów lat umrze słońce
za pięć dni znów będzie poniedziałek
a ty mi mówisz wyluzuj

012

jakby gwiazd na niebie mało
podpalili ziemię
po horyzont czerwono żółte
świetliste ciało bestii pełza na zachód
lecz z stamtąd na wschód
lecz z stamtąd na zachód

tak sobie stoję przy autostradzie
na ziemi niczyjej
stąd można na Berlin
stąd można na Moskwę
ja Słowianin bękart europy
empatyczny paranoik erotoman
który urodził się
sto lat za wcześnie
sto lat za późno
na ziemi niczyjej

016

trudno być bogiem
w tak marnym pudełku
w dziurawych butach bez płaszcza
trudno być bogiem,
na błękitnej planecie
znad talerza opowiadasz
historie cywilizacji
które nigdy nie istniały
nakładasz na mnie prawdy
tak piękne jak puste
nakładasz powłokę
słów i obowiązków
dezodorantów
uśmiechów

017

w galaretowatej zawiesinie gwiazd
na peryferiach wszechświata
jest przestrzeń
w kropli czasu zamknięta
między wczoraj a jutro
ja więzień kosmosu
przykuty do błękitnej planety
przykuty po raz drugi do społeczeństwa
i formy białkowej pudełka
wysyłam myśli naiwne
lecz one grzęzną
w gąbczastych porach
stygnącej materii mikrokosmosu

018

źli chłopcy mają władzę
źli chłopcy zawsze mają
wyłącz telewizor
zanim on wyłączy ciebie

kreatorzy marzeń nasi pasterze
odziani klimatyzowaną skórą
kuloodpornych mercedesów
z wieczora zganiają senne stada
monotonne pompy evening news
na wszystkich kanałach
tłoczą pomyje w wyblakłe żyły
przerasowionych manekinów
dodając uroku ceremonii

po drugiej stronie lustra
w telewizorze
dramatyczne sceny
odgrywają aktorzy

odpadam powoli
odnajdując bezpieczne ciepło
pudełko napełnia się
kojącym ból amerykańskim snem

019

bije serce moje
moje serce bije
serce moje bije
bije bije

tylko kurwa po co
po co ono bije
niezbawiony świat
porasta tłumem
ogród bez ścieżek
wypełniają po brzegi
zdziczałe róże na których
tylko kolce
rozkwitają w pełni

bije serce moje
serce moje bije
bije bije
wbrew intencjom
zalane kawą i nałogami
tak jakby coś zostało
niezałatwione do końca
siedmiu magistrów
o poradę proszę
stroją głupie miny
prawdy nie powiedzą
przecież też nie wiedzą
bije bije serce moje bije

020

z wykresów ekonomicznych raportów księgowych
po słupkach i krzywych analiz giełdowych
startują bombowce
drży generał podniecony
doczekał się
jego armia przekracza granicę

w krwi wroga moc trwania znajdziemy
poganom wolność wepchniemy do gardeł
by mogli nas kochać
w ruinach miast jeszcze gorących
nowych bogów portrety zawisną

tak mi wstyd z powodu tej wojny
tak mi wstyd
że jestem
uzależniony od cywilizacji śmierci

021

latamy wysoko i szybko
a prędkość latania wciąż wzrasta
przeganiamy samych siebie o krok

wokół nas wokół nas
zamglona realność otwiera podwoje
możemy wejść możemy przejść
ewolucja skończyła dzieło
zatacza krąg odwraca się
więc wraca skąd przyszła
niech bierze co chce
tras trans transcendentalne
dzieci Tofflera
czysta energia sukcesu
a w dole gdzieś oni
muzeum ludzkości globalna wioska
przed domami na ławkach
grzecznie czekają
herbatka ciasteczka i brydż
ciepłe koce siostra Klara roznosi
za wszystko płacimy z góry za rok

nie możemy lądować
dotykać i czuć
to zbyt niebezpieczne
lecz samotność jest ceną uczciwą
wokół nas wokół nas
zamglona realność otwiera podwoje

022

czy znasz zasady tej gry
czy rozumiesz czego nie mogę powiedzieć
z aniołami tańczyć chcesz
a kamienie pchasz przez piekło

dla takich jak ty śmietniki dają za darmo
bo pałace trzeba brać siłą rozumu i zdradą
karczować ciemnego lasu prawa chore

nasza epoka ani dobra ani zła
więcej kretynów i więcej geniuszy
tłuste żarcie komputery
skomplikowane sekwencje
kolejno wciskanych guzików

warszawa
cztery dni cztery lata
Aleje Jerozolimskie asfalt
w który trzeba się wtopić
10 lat dom na przedmieściach
drzewa kultura wódka na luzie
skrzypce dla dziecka

obsesja utraty narastająca

023

codziennie koło mojego domu
przepływają kosmici
rozdają karty kredytowe
choć wolałbym cukierki

produkują nas na taśmach
wypełniamy magazyny
spakowani po milionie
czekamy na transport
ktoś nas sprzeda
ktoś nas kupi
spakowani po milionie
czekamy na transport
dostajemy pierdolca

mogą nas zamrozić
mogą nas przemilczeć
lub namówić do samozagłady

024

podchodzisz tak blisko
pokazujesz tak wiele
sam zapach wystarczył
zbudziło się zwierze wyzwalając
obsesyjne pragnienie dotyku

linie twojego ciała
drgając półświatłem emitują fotony
przenikają z takim trudem tkane pancerze

golone nogi sote
podane na zimno przed ślubem
oczy iskrzą tak rozum krzyczy nie
nie mów do mnie to bez sensu
może później teraz nie
o barbi-ken o barbi-ken
czarny punkt wskazuje
drogę do jaskini róż
tam wszystko się zaczęło
tam wszystko skończy się
golone nogi sote
podane na zimno przed ślubem
oczy iskrzą tak rozum krzyczy nie

025

byłem wczoraj na mieście
na warszawie bez zmian
tancerze zastygli w milisekundzie
wygięte karki sprężone do skoku
nie było tik

na pałacu kultury zbyt brzydkim by się bać
na wieży, zegar idiota odmierzył

dwa miliony tancerzy runęło do przodu
osiągnąć nowej figury kształt

kto się spóźnił trzy razy przeklęty
desynchroniści nikną
stając się
płynem ustrojowym rynsztoku

026

oddam ci piny
do złotych kart
twoje paluszki wystukają w bankomacie
słodycz mojej potęgi
i spłyną z jego trzewi
wprost do twojej torebki
nasze najlepsze dni

028

drzwi trzeba zamknąć
chociaż symbolicznie
inaczej nigdy nie otworzysz kręgu

poeta dla kilku słów straci noc
dla kobiety nawet więcej
sex alkohol i jeszcze coś

czarny anioł stroszy pióra
czarny anioł stroszy pióra

tandetne emocje powrócą ważnym wspomnieniem
kwiat jaśminu bielejąc
bezwstydnie zdradził noc
nie powiem ci prawdy przecież wszystko zmyślone
od samego początku i prędzej nas zabiją
człowiek po człowieku niż pozwolą
uciec z fotoplastikonu

pająki twoich włosów pełzają leniwie
przez satynowe wzgórza

trzeba stracić wszystko nawet dno
ani być ani mieć

zwycięzcy i pokonani stają nadzy
silikonowe piersi super samicy
skóra nabłyszczona kremem
super samiec w adidasach
puste opakowanie po viagrze
puste opakowanie po prozaku
puste puszki po piwie

czarny anioł stroszy pióra
czarny anioł stroszy pióra

030

zanim zaczął się czas
zanim ktoś postawił
pierwszy zegar na stole
nie było mnie nie było ciebie
nie było kłamstw nie było prawd
płynny ogień trawił
imperium szalonego starca
byliśmy atomami
w pół drogi do krystalizacji

kto by pomyślał miliardy lat później
trzecim pasem, pod prąd
bmw rozpędzone do nieprzytomności
znajduje punkt pomiędzy
jeszcze jestem
a
już mnie nie ma

piątka wrzucona
za późno na żale


033

kobieta z pociągu nierealna
jak złote jajko faberże
jest przeznaczonym mi aniołem
czy najpiękniejszą puszką pandory
tak się zastanawiam tylko patrząc

lecz ona wstaje znika
w nieodgadnionej czaso - przestrzeni
czy tylko lustrem byłem
czy celem utraconym

na stacji Wilsona plac
ruchome schody wywożą
nas biernych milczących
przede mną anonimowe grzbiety
nic nie znaczących ludzi
każdy powinien mieć jakiś tytuł
jak w książce dla poczytania
milczenie miałoby sens
nikt nie uwierzy za kilka dni
siódmy rok trzeciego tysiąclecia
bezśnieżna warszawa
i tylko reklamy tryskają kolorem

034

pomiędzy wierszami
z nie napisanych ksiąg
zdegenerowane upadłe litery
nigdy nie ułożą się w jak powinno być

teraz się śmiejesz
mogłem przecież nie otwierać oczu
lecz powieki uniosły cały niby świat

freedomici
pierdolonej wolności rycerze
rozwijają sztandary

spod kopyt
tryskają bryły
brunatno-szarej ziemi

przy każdej drodze
rozwiązłe tłuste bary
szybkiej obsługi

rządowy termometr
wbity głęboko w dupę, mierzy
jest przepis
nie wolno się przegrzewać

035

Jezus był dobry
dla zgrywy chodził po wodzie
ale czy przejdzie
po śmieciach
czy będzie mu się chciało
przepychać przez tłum

lecą na prochach
bum bum bum
unosi się tłum

037

dziewczyna w internecie
wszystko miała bardzo bląd
trzymałem myszkę na jej twarzy
i sunąłem śmiało w głąb

nie była romantyczna
w kapeluszu na trzy metry
jej dosłowność zabijała mnie
nie umiała kłamać
kiedy trzeba
więc zawróciłem

043

wiosna nie pociąg
a jednak spóźniła się
pewnie dlatego,
wszystko idzie nie tak

dzwonisz z jakiegoś powodu
co u ciebie się pytasz

więc wyglądam za okno
a tam kurwa jeszcze toczy się
więc ci mówię
jest świetnie
naprawdę świetnie jest

trochę przesadziłem
ciebie zatkało
rozmowa zeszła na psy
15 minut blabla

054

dziwny ten mój dom
kula nie zawsze okrągła
im bliżej niej stoisz
tym bardziej płaska się zdaje

pod moimi stopami
po drugiej stronie
odwróceni
jak nietoperze
zwieszeni głową w dół
popiskują radośnie

biegnie tej mój dziwny dom za słońcem
107.000 tys km na godzinę
i wokół siebie trochę wolniej

a przecież i słońce
na uwięzi z galaktyką gna

zapierdala ten mój dom
jedyne odpowiednie słowo
aby wyrazić stan rzeczy
choć może brzydkie i raniące
poczucie dobrego smaku

siedzę w bezruchu
na przedmieściach miasta Milanówek
wpatrzony w drewniany olchowy płot
który ktoś kiedyś postawił
do obrony prywatnej przestrzeni
kompletna stagnacja
choć jednocześnie
zupełnie za darmo na gapę
w każdej sekundzie
przemierzam tysiące kilometrów

056

jenis joplin prosiła ciebie o mercedesa
i kolorowy telewizor
ja nie proszę daj
ja proszę weź
weź ich do siebie

tych geodetów co nieustannie
wyznaczają nam nowe granice

060 Tak zwane jutro

tak mi się trafiło
z okoliczności różnych
usiąść na moście pod Sochaczewem
w szybko płynącej wodzie
nie mogłem się przejrzeć

nie mogłem zatrzymać rzeki
ani tej chwili

jest tylko jeden dzień do przeżycia
i tylko jedna szansa na ratunek
bez naiwnej wiary w wieczność
bez nadawania sobie znaczenia

jestem tylko w chwili
świadomej swojego istnienia
poza tą chwilą nic nie należy do mnie

tak zwane wczoraj
zagracony pokój po sufit
z obrzydzeniem do niego wchodzę
z uczuciem lekkości opuszczam

tak zwane jutro
bez gwarancji przebudzenia
przeliczam szanse przetrwania
kolejnej dekady

Koniec


www.kopacewicz.pl